Hell-O.
Nie pisałem ostatnio, bo mam pewne zaburzenia senne i brak motywacji (już!). Anyways...
Jak dokonać anihilacji swego nemesisa przez czat na facecrapie, poradnik dla ułomnych. Część 1:
Ja: (...) może po prostu nie masz siły klepać w klawiaturę
Nemesis: nie mam siły klepać
Ja: Paweł żartowniś 8)
Nemesis: michał modniś
Ja: jak to dobrze, że obydwaj jesteśmy dobrzy w używaniu ironii!
Po tej przygodzie przyjaciele poszli swoimi własnymi ścieżkami. Paweł pojechał do Hamburga, by zaangażować się w miejscowy biznes kebabowy. Dziś znany jest jako twórca chrupkiego ciasta w kebabach - awangarda ta została dobrze przyjęta w barach na całym świecie. Michał zaś rozwinął swój talent artystyczny, napisał bestseller o nastolatce, która onanizuje się na lekcji angielskiego. Niestety, uległ poważnemu wypadkowi, w wyniku którego stracił 90% hemoglobiny w ustach. Już nigdy nie zasmakuje swego ulubionego kebaba.
---
Mam ochotę na narzekanie. Z okazji 17 rocznicy śmierci Kurta Cobaina i 9 Layne'a Staley'a obrobię dupska zespołom grunge'owym, a właściwie ludziom odpowiedzialnym za ich box sety/kompilacje rarytasów.
Naprawdę nie lubię mieć powtórek w swojej bibliotece muzycznej. Oczywiście nie mam na myśli na przykład różnych wersji tej samej piosenki, różnych nagrań, czy nawet różnych miksów. Ale naprawdę nie przepadam za powtórkami tych samych piosenek - szczególnie, gdy kolekcjonuję całą dyskografię danego artysty.
Mamy więc Nirvanę. Jak wiadomo, w 2004 wydali swój box set "With the Lights Out". 3 płyty z muzyką, jedno DVD z występami, kolejność mniej więcej chronologiczna. Na szczęście postanowili wydać tylko piosenki niewydawane na wcześniejszych albumach, z małymi wyjątkami. Piosenka "Gallons of Rubbing Alcohol..." została już wydana na europejskiej wersji In Utero (i szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie tej płyty bez niej), więc po co mi ona? Teoretycznie została nagrana miesiąc przed resztą albumu, podczas sesji w Brazylii, no ale pasuje do niego. Słynne "Smells Like Teen Spirit" mamy na box secie w trzech wersjach - z sesji, na której pojawiła się po raz pierwszy, z pierwszego wykonania i... wersja identyczna, jak na Nevermind. Piosenka brzmi dokładnie TAK SAMO, pomimo, iż napisane jest "Butch Vig mix", w przeciwieństwie do miksu Andy'ego Wallace'a na Nevermind. No cóż. Sytuacja nie wygląda najgorzej. Mam nadzieję, że nic głupiego nie wpadnie im do głowy przy okazji dwudziestolecia Nevermind...
Przechodzimy do Pearl Jamu, a właściwie ich kompilacji rarytasów z 2003, "Lost Dogs", i nie ma tu na co narzekać. Żadna z piosenek nie została wcześniej wydana na żadnym z albumów studyjnych. Perfect.
Mudhoney! Czyli brudny kuzyn Pearl Jamu. Prawdopodobnie najpopularniejszy zespół grunge'owy, który nie uległ presji dużych wytwórni. Czytając o ich kompilacji "March to Fuzz" można zauważyć podstawowy błąd - pierwsza płyta to kompilacja ich najpopularniejszych utworów, druga zaś to rarytasy. Jak już mówiłem, nie lubię powtórek, a jako że jestem perfekcjonistą, nie będę miał tylko drugiej płyty w swojej bibliotece. Poczekam na ewentualną poprawę sytuacji, tymczasem będę się dalej podniecał niedocenianym protoplastą Mudhoney i Pearl Jamu, czyli Green River.
Alice in Chains. Każdy, kto patrzy czasem na mój profil na last.fm (hah!) wie, że uwielbiam ten zespół. "Music Bank" to chyba najwcześniej wydany box set grunge'owy, na pewno najwcześniej z najpopularniejszych kapel gatunku. I niestety jest to jeden wielki burdel.
Ni to kolekcja rzadkości, ni to kompilacja popularnych kawałków. Mamy trochę z "Facelift", trochę z "Alice in Chains", trochę z "Unplugged", niewiele wczesnych demek, cały "Sap" z wyjątkiem mojego ukochanego "Love Song" i... cały "Dirt" z kilkoma outtake'ami. Z tym, że piosenki z "Dirt" są porozrzucane w różnych miejscach i nie mają tego flow jak na albumie. Dobrze, że są tu piosenki z "Last Action Hero" i z singla "Get Born Again", ale nadal brakuje mi tu demek piosenek z "Dirt". Właściwie, to lepiej by było gdyby wstawili właśnie te demka zamiast zwyczajnych wersji piosenek. Misfitsi właśnie tak zrobili na swoim box secie.
Przechodzimy do Soundgardenu, ostatniego punktu naszej podróży. Powiem krótko - mają burdel w dyskografii jak mało kto. Trudno się nie wściec, gdy wydają EPki zawierające kilka piosenek prosto z albumów studyjnych i kilka dodatkowych, które nie są opublikowane nigdzie indziej. Z okazji wznowienia działalności, kapela wydała "Telephantasm", który jest bardziej kompilacją ogólną niż zbiorem rarytasów. Rarytasów właściwie jest tam BARDZO mało, wciąż czekamy na jakiś wartościowy box set. I mam nadzieję, że się taki ukaże.
Jeszcze jak widać tego bloga nie opuszczam. Trzymajcie się, i do zobaczenia.
Kiedyś.
Nie sądziłem, że z ciebie aż taki pedantyczny audiofil, Fraku.
ReplyDelete